Translate

OBY LUDZIE I ŚWIAT BYŁ LEPSZY

 Bardzo często w różnych etapach naszego życia myślimy o tym, że otaczający nas świat i wydarzenia nie są takie jakie byśmy pragnęli by były. Chcemy by świat w którym żyjemy był lepszy, ludzie nas otaczający bardziej życzliwi, bez zazdrości, zawiści i gniewu.

Wystarczy jednak posłuchać dzienników telewizyjnych by wpaść w głęboką depresję, bo wiadomości mówią głównie o tragediach ludzkich, śmierci, pożarach, powodziach itp. Rzadko kiedy słyszymy informacje o czymś dobrym, pozytywnym, pożytecznym. 

Samo życie...



Niestety od chwili kiedy się rodzimy w naszym życiu mamy do czynienia z mniejszymi lub większymi problemami i w zależności od naszego wieku i stanu zdrowotnego czy psychicznego możemy się z tym uporać lub nie.

Wszyscy chcemy by świat był lepszy, pełen dobroci, bez głodujących i cierpiących ludzi, bez chorób, bez wojen i niesprawiedliwej śmierci wielu ludzi. Niestety rzeczywistość jest inna, bardzo smutna. Mimo tego jednak musimy iść do przodu z wiarą w lepsze jutro bo tylko to dodaje nam siły przetrwać te różne tragiczne sytuacje w naszym życiu prywatnym czy tragedie dotyczące wydarzeń  na koło nas.

Sami to widzicie. W różnych częściach świata ze względu na zniszczenie naszej planety widzimy szalone katastrofy - powodzie, pożary, churagany, cyklony. Dodatkowo musimy uświadomić sobie, że nawet blisko nas ludzie walczą o wolność, giną i po wielu latach mamy ponownie do czynienia z wojną u naszych sąsiadów. To nie jest ten wymarzony przez nas świat!!! 

Wszyscy pragniemy być zdrowi, żyć szczęśliwie i w pokoju. Wojna nigdy nie była i nie jest rozwiązaniem dla wielu konfliktów i zawsze w niej dwie strony tracą.

Co każdy z nas może zrobić w takich, tak trudnych sytuacjach?

 Po pierwsze potrzebujemy informować się o tym co się dzieje na około nas by w odpowiednim czasie umieć na to zareagować. Jeśli mamy osobiście wpływ na jakieś negatywne sytuacje powinniśmy dobrze o tym pomyśleć i zgodnie z naszymi możliwościami zareagować na to  indywidualnie lub grupowo. 

Wkładanie głowy w piasek by przetrwać burzę nigdy nikomu nie wyszło na dobre. O ile to możliwe możemy zaprotestować przeciwko krzywdzie istniejącej obok nas, możemy też bezpośrednio pomóc osobom cierpiącym czy potrzebującym naszego wsparcia.

Przeważnie walka pojedyńcza każdego z nas nie przynosi wielu oczekiwanych rezultatów. Jeśli jednak wspólnie z innymi możemy zorganizować swoje działanie by zmienić świat na lepszy to ma to zawsze lepsze wyniki. To dotyczy walki z niszczeniem  planety na której żyjemy my i chcemy by żyły nasze dzieci i wnuki. To dotyczy też różnych niesprawiedliwości ekonomicznych czy politycznych, które codziennie obserwujemy w dniu dzisiejszym.

Każdy z nas powinien reagować na niesprawiedliwość istniejącą na około nas. Jeśli każdy z nas pozytywnie pomyśli i będzie działał w celu poprawienia choćby najmniejszego elementu naszego życia to to będzie już początek działalności dla dobra nas wszystkich. 

Może ona dotyczyć pomocy sąsiadce bitej przez męża, dziecka żyjącego w patologicznej rodzinie, chorej osoby mieszkającej obok nas i potrzebującej jakiejś pomocy. Bo by zmienić świat na lepszy powinniśmy rozpocząć po pierwsze od zmiany nas samych na lepszych ludzi. 

Niestety obecnie świat i ludzie są tak zaganiani za pieniędzmi i karierą, że często zapomina się o tych najistotniejszych wartościach naszego życia takich jak samo życie, nasze zdrowie, zdrowie naszych ukochanych, spokój na świecie itp. Obojętność na krzywdę i tragedię bliźniego to chyba największa choroba dzisiejszych czasów.

W sytuacjach krytycznych takich jak  wojna na  wiele z tych wartości jest naruszonych. Nikt z nas nie spodziewał się, że po tylu latach pokoju w Europie ponownie będziemy żyć osobiście, czy obserwować sceny z wojny na terenie Europy lub tuż obok. Nikt chyba nie zapomina wojny w byłej Jugosławii, wojny w Iraku, ani natarcia Turcji na Cypr, który do tej pory jest w połowie okupowany przez Turcję. To już jest historia, ale niestety na Cyprze nadal jednak aktualna. 

Wszyscy chcemy by świat w którym żyjemy był lepszy i by wszyscy ludzie mogli żyć w spokoju i dostatku. Rzeczywistość jednak była, jest i będzie inna.

Pamiętam rozmowy z moją drugą teściową Greczynką, która przeżyła 97 lat, przeżyła dwie wojny światowe, urodziła 6 dzieci z których troje zmarło po kilku latach na leczone dzisiaj choroby. Mimo tego codziennie do końca jej życia wstawała z uśmiechem na twarzy wierząc w to, że nowy dzień przyniesie jej coś dobrego i da  jej możliwość cieszyć się choćby tym, że po prostu żyje. Mając tyle doświadczeń w jej życiu mogła podzielić się ze mną kilkoma radami, które stosuję w moim życiu. 

Po pierwsze każdy nowy dzień może przynieść nam wiele dobrego i wiele złego, ale od nas zależy na co zwrócimy większą uwagę by mieć siłę iść do przodu. Radość dnia codziennego powinna dawać nam siłę by rozwiązywać codziennie istniejące problemy w naszym życiu. 

Po drugie nie ma życia bez problemów, bo one są nieodłączną częścią naszego życia. Dni beztroskich, pełnych samej radości niestety jest o wiele mniej w życiu każdego z nas. Wszystko jednak zależy od tego jak my podchodzimy i jak  rozwiązujemy problemy w naszym codziennym życiu. By rozwiązać jakiś problem musimy mieć spokojną głowę i rozważyć wszystkie możliwości i ewentualne rezultaty naszego działania. Musimy zdawać sobie sprawę z naszych możliwości i działać krok po kroku w celu rozwiązania problemu o ile jest to w naszej mocy.

Niestety nie zawsze mamy wpływ na zwalczenie istniejących obok nas tragedii. Czasami po prostu musimy wybierać mniejsze zło by w jakiś sposób na nie zareagować. W ten sposób możemy iść do przodu i by nabrać sił cieszyć się choćby małymi, najbardziej prostymi radościami naszego życia takimi jak słońce, uśmiech naszego dziecka, kwitnące kolorowe kwiaty, itd. 

W tych drobnych, prostych chwilach radości w naszym życiu jest siła, która pozwala nam pozytywnie popatrzeć na przyszłość z nadzieją o lepsze jutro. Uśmiech na twarzy małego dziecka, nawet głodnego, brudnego daje nam nadzieje na lepsze jutro. A to jest potrzebne wszystkich ludziom w nawet najbardziej trudnej sytuacji w ich życiu. Bo tylko w ten sposób możemy myśleć o kolejnym dniu, możemy mieć marzenia i plany na lepszą przyszłość.

Pamietajmy o tym , że po burzy zawsze wychodzi słońce.....

ŻYCIE BEZ DZIELENIA SIĘ SZCZĘŚCIEM Z INNYMI TO STRACONE ŻYCIE

 W ciągu całego życia  pragniemy być szczęśliwi,  marzymy, określamy różne cele do których chcemy dojść. Pierwszym warunkiem do osiągnięcia tego jest poznanie samego siebie i dokładne określenie co nas czyni szczęśliwymi. 

Bardzo często zadając to pytanie innym wymieniają  poza zdrowiem wiele celów związanych z dobrami materialnymi, tj. duży  dom, nowy samochód,  kariera zawodowa itp.

Niewiele  osób mówi o tym, że chce znaleźć  kogoś z kim będzie mógł ( mogła) dzielić się  i przeżyć szczęśliwie życie. A przecież to takie istotne!!



By być  w pełni szczęśliwym potrzebujemy mieć  kogoś  by z tym człowiekiem dzielić się  radosnymi momentami w życiu,  wspólnie zachwycać się  pięknym zachodem słońca,  wspólnie jeść posiłki czy podróżować, powiedzieć proste "dzień dobry" kiedy rano wstajemy, czy nawet pokłócić się kiedy mamy taką potrzebę!

Tutaj wielu z Was powie,  że i bez kogoś obok można być  szczęśliwym??! Tak można,  ale pełnią szczęścia idzie parami!

Bo można mieć wszytko to o czym marzymy i co chcieliśmy osiągnąć jednak jeśli nie dzielimy się tym z kimś ukochanym to nie daje nam pełni szczęścia.

Dlatego często mówimy, że ludzie którzy w swoim życiu osiągnęli wiele i znajdują się na szczycie swojej kariery najczęściej są samotni. To wynika z tego, że często dochodzą do swoich celów za wszelką cenę, często zapominając osoby, które im w tym pomogły lub po prostu były koło nich.

Dodatkowo bardzo często ludzie zafascynowani jedynie dojściem do określonego celu chcą się na tym skoncentrować i nie lubią mieć nikogo obok siebie w czasie tej drogi. Tylko pod koniec, kiedy ten cel osiągają czują się bardzo samotni. Bo szczęściem i radością z sukcesu trzeba się dzielić.

Często obecnie obserwuję wśród młodych ludzi ścisłe określanie ich celów w życiu: osiągnięcie niezależności zawodowej, kariery, posiadanie własnego mieszkania, własnego samochodu. Nie chcą w tej drodze dzielić się osiągnięciami z inną osoba. Często to stoi na przeszkodzie w ułożeniu sobie życia z inną ukochaną osobą, bo nie istnieje słowu MY ale tylko osobne JA i TY. Nie jestem pewna z czego to bardziej wynika. Czy z egoizmu , czy może z niepewności dnia następnego??

Znam dziewczynę która wychodząc za mąż za ukochanego chłopaka chciała dokładnie spisać wszystkie ślubne prezenty by w razie rozwodu wiadomo było kto co weźmie!   Jak się wychodzi za mąż z takimi myślami to po co w ogóle wychodzić za mąż?

Często młoda para wchodzi rozpoczynać swoje życie to całkowicie urządzonego przez jedną z nich mieszkania czy domu. Tak ta druga osoba czuje się w tym otoczeniu trochę obco. Czy  nie jest lepiej wspólnie stworzyć swoje swoje ukochane "gniazdko" z tym co podoba się obojgu. Wtedy obydwoje będą czuć się lepiej w tym wspólnym domu.

Przypomnijcie sobie też sytuacje w których coś dobrego Wam się przydarzyło. Co chcieliście po tym fakcie zrobić? Czy po pierwsze nie chcieliście się tym Waszym szczęściem podzielić z bliską Wam osobą? Bo tylko tak w pełni mogliście poczuć się szczęśliwym i z przyjemnością świętować z tej okazji.

Bardzo smutne jest to, kiedy po osiągnięciu jakiegoś upragnionego celu sami zasiadamy do stołu by świętować, czy sami otwieramy szampana?! To są stracone chwile w naszym życiu. Bo tylko wtedy gdy dzielimy się z kimś naszym szczęściem wszystko nabiera wartości. 

Pamiętajmy o tym, że szczęście zawsze chodzi parami i większą radość w naszym życiu daje nam dawanie niż otrzymywanie od osoby ukochanej.

Jeśli jesteście osobami żyjącymi samotnie z wyboru lub bo tak się Wasze życie ułożyło to nawet w takiej sytuacji w momentach szczęścia potrzebne są inne osoby by się tym szczęściem podzielić, wspólnie obejrzeć zachód słońca, czy wspólnie podróżować. Nie zawsze jest to mąż, żona, dzieci, czy wnuki. Może to być osoba zaprzyjaźniona z którą spędzamy wiele fajnych, ciekawych chwil czy nawet dni. Każdemu potrzebna jest taka "bratnia dusza" by choćby w razie potrzeby można było zadzwonić i czymś się podzielić.

Pamiętam jak w czasie jednej z prowadzonych przeze mnie wycieczek oglądając piękny krajobraz na morze i zatoczki koło miejscowości Paleokastritsa na Korfu jedna z uczestniczek wycieczki płakała, dokładnie zalewała się łzami. Powiedziała mi, że ten widok jest tak piękny, że szalenie żałuje, że w tej chwili nie ma obok niej jej ukochanej osoby by wspólnie się tym cieszyć, bo tylko tak ten moment w jej życiu miałby szaloną wartość. 



Czy Wy pamiętacie momenty Waszego życia w których do pełni szczęścia potrzebna Wam była jakaś druga, określona, osoba? 

Mam nadzieję, że taką osobę macie w Waszym życiu.


CZY NA KORFU MAMY TRZĘSIENIA ZIEMI ?

 Myśląc o wakacjach na Korfu często się o to pytacie.

Czasami dużo się na ten temat mówi kiedy w południowej części Europy ziemia się trzęsie.

W ostatnich latach na terenie Grecji obserwujemy duża aktywność trzęsień ziemi, ale na szczęście o nie tak dużym nasileniu. To jest  spowodowane tym, że Grecja znajduje się w strefie terenów aktywnych pod tym względem bo przez tereny Grecji przechodzą połączenia części twardych płatów kontynentów. Na szczęście większa część tych "kanałów" znajduje się na terenie morza opływającego Grecję i tak każde trzęsienie ziemi jest w pewien sposób tłumione przez morze. Największy taki kanał znajduje się w morskiej okolicy dzielącej Kretę od Afryki. Tam mamy częste duże trzęsienia ziemi. Specjaliści twierdzą że aktywność tektoniczna co 10 lat się zmienia, 10 lat jest bardzo odczuwalna i następne 10 nie tak bardzo. Obecnie znajdujemy się w okresie aktywności tych trzęsień ziemi stąd obecnie częściej słyszeliście  o trzęsieniach ziemi na Krecie, na Kiefalonia czy w okolicach Janina na lądzie.

Jak przed ponad 40 laty dyskutowałam na temat mojego przeprowadzenia się na stałe na Korfu z moim mężem - Grekiem (Korfiatem) po pierwsze dużo czytałam na ten temat, bo zawsze Grecja kojarzyła mi się z pięknem morza i nieba, ale również z częstymi trzęsieniami ziemi. 

Wtedy to na mapach geologicznych Europy zobaczyłam, że Korfu znajduje się na malutkim "nosie" stałej płyty kontynentu europejskiego co trochę mnie uspokoiło. Wszelkie odczuwalne tutaj trzęsienia ziemi to przeważnie fale dochodzące do wyspy z innych terenów Grecji i to już o zmniejszonej sile. Pochodzą one najczęściej z terenów koło Jannina na lądzie, z okolic wyspy Paxos, z okolic Kefalonia czy z morskiego odcinka znajdującego się na północ od Korfu pomiędzy Albanią i małymi wysepkami Erikousa i Mathraki gdzie występuje na Morzu Jońskim kanał tektoniczny. 

Grecja to przepiękny kraj, ale ziemia się tutaj często trzęsie i tego nie da się ukryć. Trzeba po prostu do tego się przyzwyczaić i brać to pod uwagę. 

W historii wyspy w latach 1900 - 2021 na Korfu znane jest 9 bardziej odczuwalnych trzęsień  ziemi z lat, które nie miały dużego nasilenia i nie przekraczały 5 w skali Richtera. Najsilniejsze jednak było trzęsienie ziemi  w roku 1956  i trzęsienie ziemi w skali 5.1 Richtera w listopadzie 1979 roku. Tego dnia odczuwalne było trzęsienie ziemi w wielu domach, z hałasem i trzęsieniem się obiektów, ale bez większych strat. Nie ma tutaj dużych strat materialnych ani ofiar w ludziach. Te trzęsienia ziemi najbardziej odczuwalne są w  wysokich domach starówki w stolicy Korfu gdzie wiele domów liczy sobie ponad 400 lat. Mimo 4 wieków istnienia nadal tam są co świadczy o tym, że trzęsienia ziemi na Korfu nie są katastroficzne.





W ciągu ostatnich 10-20 lat w Grecji zwraca się dużą uwagę na bezpieczną budowę domów, które poza posiadanym prawem do budowy domu muszą przestrzegać wszelkich praw dotyczących zabezpieczenia przeciw trzęsieniom ziemi. To jeśli chodzi o nowobudowane domy. Niestety większośc domów w Grecji to bardzo stare kamienne domy budowane nie tylko bez cementu, ale bez kolumn, czy zabezpieczeń przed trzęsieniami ziemi. Z tego powodu nawet przy mniejszym trzęsieniu ziemi widzicie tutaj dużo zniszczonych domów, które w całości równają się z ziemią lub te stare dobrze zachowane po prostu mają wiele pęknięć na ścianach i nie nadają się do ponownego zamieszkania. 



Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się nad tym jak w Japonii, która ma tyle trzęsień ziemi dochodzących nawet do 7-8 w skali Richtera ludzie w czasie trzęsienia ziemi siedzą w domu, nawet pracują i żaden budynek nie upada??! 

Tutaj na szczęście tak dużych trzęsień ziemi nie mamy, bo jak byłyby to trzeba by było chyba odbudować całą Grecję.

 


Mieszkając tyle lat na Korfu kilka razy przeżyłam trzęsienie się ziemi. Przed tym faktem o ile jest się blisko natury następuje szalona cisza, ptaki przestają śpiewać, zwierzęta są bardzo nerwowe i czasami słychać dziwny nadchodzący po szalonej ciszy szum. Jeśli w tym czasie jest się w jakimś budynku na wyższym piętrze widać kołyszące się żyrandole, szyby i szklanki się trzęsą  wydając szczególny hałas. Z pewnością nie jest to miłe uczucie.

Osobiście najbardziej utkwiło mi w pamięci trzęsienie ziemi z 1983 roku z centrum koło Jannina na lądzie greckim. Wtedy mieszkaliśmy w naszym domu na Kanoni i w czasie trzęsienia ziemi leżałam w łóżku. Leżąc mogłam lepiej zrozumieć co się dzieje wokoło mnie. Meble drżały, żyrandol się kołysał i zimny pot oblał mnie od stóp do głowy. 

Wierzcie mi, nie jest to przyjemne uczucie. Niestety do dnia dzisiejszego  nie można przewidzieć trzęsienia ziemi. Specjaliści w tej dziedzinie mają możliwość określić z pewnym procentem błędu okres w którym ma nastąpić jakieś trzęsienie ziemi, ale nadal nie można powiedzieć dokładnie kiedy i gdzie ono nastąpi. 

W ciągu ostatnich lat po większych trzęsieniach ziemi mających miejsce na terenie Grecji w szkołach przeprowadzane są lekcje informujące dzieci jak należy zachować się w czasie trzęsienia ziemi. Wraz z rachunkami za prąd przekazywane są mieszkańcom Grecji informacje o tym jak należy chronić się przed trzęsieniem ziemi. 

O ile ktoś z Was będzie na wakacjach w Grecji w czasie takie wydarzenia po pierwsze nie należy wybiegać na ulice koło starych budynków z balkonami czy budynków posiadającymi dużo szyb. Najwięcej ofiar jest właśnie przytłoczonych przez stare ściany, czy spadające szkła. Zawsze szukamy bezpiecznych, otwartych miejsc gdzie nic nie może na nas spaść, a jeśli jesteśmy w domu szukamy stropów by stanąć pod nimi lub miejsc pod dużymi stołami zawsze chroniąc swoją głowę przed spadającymi obiektami.

Dużym pocieszeniem dla wczasowiczów jest to, że wszystkie nowo wybudowane hotele mają zabezpieczenia przed trzęsieniem ziemi. 

Ja osobiście nie życzę Wam doświadczyć tego żywiołu. Jednak dobrze jest za każdym razem kiedy jesteście w Grecji na Wakacjach poinformować się ze znajdującą się na drzwiach pokoi hotelowych informacją o sposobie ewakuacji budynku. Dobrze jest też samemu zobaczyć który teren obok budynku jest otwarty i bezpieczniejszy w takich sytuacjach.




KANNIOKCHIA (canniocchia) Z MAKARONEM - PRZEPIS NA TE OWOCE MORZA

 Kanniokchia ( po włosku CANNIOCCHIA) to nie tak bardzo znany rodzaj owoców morza. Niektórzy zaliczają ją do rodziny raków, ale smakiem i wyglądem bardziej przypomina duże krewetki. Stanowi wspaniałą podstawę do pysznego, pachnącego dania.



Ma twardą  skorupę, małe szczypce i charakterystyczny kolorowy twardy ogon.


Na normalnej wielkości talerzu wygląda tak.



To bardzo popularne  owoce morza w krajach nad Adriatykiem i we Włoszech. Właśnie z Włoch przybyła ona na Korfu i jako tańsza od krewetek gotowana jest przez tutejsza ludność w różny sposób.

Kto z Was lubi owoce morza z pewnością będzie się tym zajadał, bo mięsko kanniokchia jest białe, smakiem przypomina krewetkę lub homara, ale jest bardziej delikatne.

By przygotować to "królewskie danie" potrzebujemy:



- kilka kanniokchies (1/2 kg to okolo 10 sztuk);

- dwie duże marchewki;

- dwie gałązki selera;

- 2-3 cebul;

- kilka ząbków czosnku;

- filiżanke oliwy z oliwek;

- łyżkę przecieru pomidorowego;

- 2 duże pomidory ( lub kilka małych);

- 1/2 filiżanki czerwonego wina;

- liść laurowy;

- sól, pieprz do smaku;

- drobno posiekaną pietruszkę.

PROCES PRZYGOTOWANIA :

Po pierwsze nastawiamy garnek z marchewka, selerem i osoloną wodą by się zagotowała. W tym czasie opłukujemy kanniokchi i ucinamy im ogony , te kolorowe jakby z oczami. Wrzucamy te ogony do gotującej się wody by nadać jej smak. do tego samego garnka wrzucamy do gotującej się wody kanniokchi na 3-4 minut. Następnie ostrożnie dużą łyżką wyjmujemy je by wyschły. 

Na dużą patelnię wlewamy oliwę i wrzucamy owoce morza smażąc je przez kilka minut z dwóch stron i odrobiną czosnku. Następnie wyjmujemy je na bok na  półmisek i posypujemy częścią pietruszki. 



Do tej samej patelni wrzucamy posiekaną cebulę, posiekaną resztę czosnku i pokrojoną w kosteczki marchewke (która jest w pół ugotowana). Gdy to się poddusi dodajemy przecier pomidorowy, wino, trochę soli i pieprz. Uważamy by nie przesolić bo będziemy używać też dalej tej osolonej wody z garnka gdzie gotowaliśmy ogonki i owoce morza.  Kiedy alkohol się ulotni dodajemy pokrojonę w kosteczki pomidory. Dolewamy do tego 1-2 filiżanek wody z pierwszego garnka i powoli dusimy sos pod przykryciem dopóki sos się zawiążę. Drewnianą łyżką mieszamy sos od czasu do czasu tak by się nie przypalił.


Gdy sos jest gotowy wkładamy do niego kanniokchia by nabrały smaku sosu, zdejmujemy je z ognia i przykrywamy pokrywką. 



Jeśli chcecie kilka z nich obieracie  i wyjmujecie z wnętrza tego twardego pancerza mięciutkie mięsko i dajecie do sosu. Najlepiej robi się to krojąc lub otwierając rękami jeden z brzegów podłużnego pancerza tak jak to widzicie na poniższym zdjęciu. Wtedy możecie zawartość wyjąć w całości.


W międzyczasie przesączamy wodę z gotowanych ogonków do drugiego wysokiego garnka (tak by nie miała tych twardych ogonków), dodajemy jeszcze trochę wody i gdy to się zagotuje wrzucamy makaron na 8-10 minut (tak ja go lubimy). Możemy to danie zrobić z różnego rodzaju makaronem lub z ryżem. 

Owoce morza podajecie na półmisku polanych sosem z posiekaną pietruszką.



Do tego najlepiej mieć też lampkę tego samego wina, które dodaliście do sosu.






Jedzenie tego rarytasu wymaga cierpliwości i często po prostu po zjedzeniu makaronu bierzemy kanniokchia do ręki i obieramy je by zjeść ich mięso. Wiele osób, do których i my z mężem należymy lubimy też wysysać sok z główki miażdżąc ją w ustach. Oczywiście to co pozostaje zostawiamy na brzegu talerza. Dodatkowo te małe szczypce mają też w środku mięsko. Warto je przegryźć i zjeść zawartość. W tawernach często widzę ludzi męczących się nożem i widelcem by wyjąć z pancerza zawartość - nie warto. Tutaj potrzebne są ręce.

Po całej biesiadzie zostaje talerz  ze skorupkami dla kotów jeśli macie!


Oczywiście jeśli chcecie ominąć cała procedurę obierania z pancerza konniokchia możecie po smażeniu je obrać i podać obrane. Wydaje mi się jednak, że o wiele lepiej prezentują się podane w pancerzach i cała frajda w jedzeniu owoców morza polega właśnie na trudności "dotarcia" do tego pysznego mięska.



JEDEN Z TEMATÓW TABU W GRECJI TO "ŚMIERĆ"

 Kiedy przed ponad 40 laty przyjechałam na Korfu by wraz z moim mężem Grekiem z Korfu założyć tutaj rodzinę wielokrotnie spotykałam się z dziwnym dla mnie tutejszymi zwyczajami i mentalnością tutejszej ludności. To oczywiście wiązało się z różnicą kultur polskiej i greckiej i z tego gdzie i jak ja byłam wychowana i gdzie i jak planowałam żyć.

W serii artykułów DZISIEJSZA GRECJA opisuję Wam wiele tematów dotyczących sytuacji i zjawisk z którymi spotykam się w dniu dzisiejszym. 

Grecy to w większości naród pogodny, uśmiechnięty, cieszącym się życiem na co dzień mimo wielu napotykanych problemów. Dla Greka ważne jest to co jest dzisiaj, teraz. Czasami z sentymentem wraca do przeszłości, ale nie ma dużo wspólnego z planowaniem na przyszłość czy układaniem strategii działania na najbliższe lata.

W czasie pierwszych lat mieszkania na Korfu spotkałam się z wieloma różnicami w sposobie patrzenia na świat, na życie czy na stosunki międzyludzkie. Na temat zabobonów z którymi się tutaj spotkałam macie dwa artykuły na moim blogu (czytaj "zabobony").

W tym artykule chcę poruszyć temat, który najczęściej w rodzinach greckich jest unikany lub dyskutowany w tajemnicy w małym gronie.

Chodzi mi o dyskusję na temat śmierci, poglądów na ten temat i przygotowania się rodziny do zaistnienia takiej sytuacji w rodzinie. Sama straciłam ojca mając 18 lat i wiem jak te sytuacje wyglądają z mojego doświadczenia.

Mam też w tym zakresie dość duże osobiste doświadczenie na Korfu i dodatkowo obserwuję jak do tego tematu odnoszą się osoby z greckiej rodziny  lub moi liczni znajomi.

Po pierwsze kiedy ktoś, gdzieś porusza temat śmierci od razu kilka osób podnosi głowę do góry i żegna się. Inni "plują" mówiąc tfu tfu by ich nie zauroczyć i by ich coś takiego nie spotkało. 

Takie podejście do tego tematu zawsze mnie dziwiło. Wychowałam się w Polsce w rodzinie inteligenckiej gdzie od dzieciństwa rodzice wpajali we mnie poczucie bezpieczeństwa bez względu na jakiekolwiek okoliczności, nawet na ich śmierć. Mój ukochany Tato zawsze przykładał dużą wagę do ubezpieczenia naszego domu i do ubezpieczenia na swoje życie tak by w przypadku jego nagłej śmierci nasza rodzina nie miała problemów ekonomicznych  przynajmniej w kilku kolejnych latach. Od najmłodszych lat w domu rozmawialiśmy na temat śmierci wiedząc, że w pewnym momencie naszego życia spotkamy się z tym zjawiskiem i musimy być na to przygotowani.

Oboje moi rodzice pracowali zawodowo na dobrze opłacanych stanowiskach, ale mimo tego na ten temat mogliśmy porozmawiać by być przygotowanym na wszystko - co dobre czy złe. 

W Grecji spotkałam się wielokrotnie z całkowicie innym podejściem do tego tematu. To jest zdecydowanie temat tabu w greckim społeczeństwie. Najczęściej takie podejście do śmierci można to spotkać na prowincji, na wsiach. Jednak nawet w wielu w rodzinach inteligencji z wyższym wykształceniem żyjących w miastach tego tematu raczej się nie porusza. W przypadku dużego majątku ten temat jest najczęściej  poruszany przez doradców ekonomicznych rodziny, ale nie przez samych członków rodziny.  

Jeśli na spotkaniu znajomych ktoś chce porozmawiać na temat zjawiska śmierci i tego co może być, jak jest, po śmierci większa część towarzystwa rezygnuje z dyskusji lub wręcz szybko zmienia temat. Nawet jeśli jakiś znajomy z którym utrzymywało się ścisły kontakt umiera to po jego pogrzebie i ewentualnej uroczystości poświęconej jego czci tego tematu w towarzystwie nie porusza się. 
Czasami wspomina się tego człowieka, ale tylko z miłymi wspomnieniami i szybko zmienia się temat, bo to temat dla wszystkich nieprzyjemny i  unika się go. 

Ogólnie Grecy żyją tym co jest teraz i nie lubią poruszać tematu śmierci. Nie mają zwyczaju w ciągu całego roku chodzić na cmentarze by odwiedzić grób ukochanych. Często wręcz wogóle tam nie chodzą bo uważają, że jak ktoś ma czyste sumienie i z miłością, poprawnie odnosił się do osoby zmarłej w czasie jego życia to częste odwiedzanie cmentarza nie ma sensu. Grecy uważają, że najważniejsze są nasze stosunki międzyludzkie czy rodzinne w czasie gdy żyjemy kiedy trzeba pokazywać innym nasz szacunek, naszą miłość czy troskę o kogoś. Ma to swój sens. Nie ma tutaj tak powszechnie  jak w Polsce święta zmarłych i na cmentarzach najczęściej spotykacie tylko osoby, których ukochani zmarli w ostatnim okresie. 

Ciekawa jest sytuacja podejścia rodzin do śmierci jednego z rodziców. Ten temat najczęściej powraca tylko wtedy, kiedy rodzice są już bardzo starzy, chorzy i bliski śmierci. Tutaj najczęściej dyskusja dotyczy podziału  majątku pomiędzy rodzeństwem. Niestety, to jest w Grecji najczęstszy powód do rodzinnych kłótni i według mnie wynika to z obawy do podjęcia poprawnych decyzji w odpowiednim czasie na spokojnie. Po prostu tutaj takie tematy są tabu i nie dyskutuje się o nich w rodzinie mimo tego, że rzeczą normalną jest to, że kiedyś ktoś umrze i sprawy majątkowe muszą być wyjaśnione i to najlepiej przed tym faktem.

Jeśli ktoś w rodzinie ten temat poruszy od razu pozostała część rodziny jest na niego oburzona, uważając, że chce wpędzić rodziców do grobu??!! Sama się z tym spotkałam kiedy w pewnym okresie życia moich pierwszych teściów ( mających 75 lat) zaproponowałam mężowi by poruszył  temat ich nieuporządkowanego majątku by wszystko było jasne i  załatwione zgodnie z prawem w odpowiednim czasie, tak by rodzina nie musiała później płacić większego podatku. Dla mnie to było normalne, logiczne, a mój mąż był  na mnie za to oburzony, bo nie chciał nawet myśleć o tym, że kiedyś jego rodzice umrą. Dziwiło mnie też to, że sami teściowie nie myśleli o uporządkowaniu tych spraw.

Jak dziwicie się spacerując po centrum miast greckich, że jest tutaj tak dużo opuszczonych, pozostawionych na swój los dawniej pięknych domów to powyższa informacja Wam to wyjaśnia. Po prostu przed śmiercią właściciel tej nieruchomości nie napisał testamentu i nie wyjaśnił komu ten dom zapisuje. W jeszcze innym przypadku duży majątek nie jest podzielony pomiędzy wieloma spadkobiercami w sposób jasny i przez wiele lat kłócą się oni o swoją część majątku. Takie spory często toczą się latami i tylko adwokaci na tym zarabiają.

Kiedy mój drugi teść obchodząc swoje 70-te urodziny zdecydował się zebrać rodzinę i przedyskutować sprawę ich bardzo dużego majątku i ewentualnego jego podziału po jego śmierci wszyscy byli tym zaskoczeni i uważali to  bardzo odważne postępowanie. Teściowi chodziło głównie o to by kochające się rodzeństwo pozostało bliskie sobie też po jego śmierci i w  obecności swoich dzieci i żony chciał napisać testament wiedząc i widząc, że wszyscy się z tym zgadzają. 

Niestety to są bardzo rzadkie przypadki, potwierdzające regułę pozostawiania wszystkiego do ostatniej chwili lub kiedy już jest za późno coś powiedzieć czy coś uzgodnić. Stąd w Grecji wiele rodzin jest w stanie wojny z powodu "niesprawiedliwego" podziału majątku.

Dochodzi tutaj też specyficzna mentalność dotycząca traktowania potomstwa, szczególnie na prowincji. W wielu rodzinach większa część majątku zapisywana jest chłopcom, bo oni noszą rodzinne nazwisko i tak majątek zostaje w rodzinie.  Na Korfu, na Krecie, czy w innych częściach Grecji  na wsiach spotkałam się z tym, że starsi mężczyźni nadal mówią, że mają np. dwoje dzieci i jedną córkę!! Bo córka to coś gorszego?! Zawsze mnie to szokowało i denerwowało bo osobiście zawsze chciałam mieć po pierwsze córkę!

Mimo tylu lat przeżytych w Grecji nadal obserwuje, że to ma miejsce. Cały świat się zmienia, a tutaj pewne tematy nadal pozostają takie jak były - tabu.

W czasie ostatnich dwóch lat, kiedy cały świat walczy z pandemią i kiedy wiele ludzi codziennie umiera nic właściwie się w tej kwestii nie zmieniło, a wydaje się, że powinno. Nadal wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi i wielu Greków uważa, że będzie żyło wiecznie. 



CZASAMI TRZEBA STANOWCZO POWIEDZIEĆ "NIE"

 Dzisiejszy świat jest ciągle zaganiany. Ludzie gonią od rana do wieczora często nie wiedząc dlaczego i właściwie po co.



Od chwili kiedy się rodzimy narzucane nam są obowiązki i wpajane marzenia, które często nie są nasze, ale to tylko stan rzeczy i model życia do którego wszystkich chce się podporządkować. A przecież wszyscy nie jesteśmy tacy sami, każdy ma swój indywidualny charakter i sposób spojrzenia na życie.

Jak jesteśmy dzieckiem staramy się być dobrym dzieckiem, w szkole dobrym uczniem, na studiach mieć dobre wyniki, bo tak być powinno, bo taka jest "prawidłowa" droga do kariery, która ponoć gwarantuje nam szczęście.

Często uczymy dzieci, że  droga do szczęścia  musi zawierać karierę zawodową choć wiemy o tym, że kariera, czy duża ilość pieniędzy wcale nie gwarantuje bycia szczęśliwym.  Bo duży dom, nowy samochód czy duża ilość  pieniędzy ułatwiają życie, ale wcale nie gwarantują naszego szczęścia. 

Bardzo często rodzice skłaniają dzieci do realizowania celów, których oni nie byli w stanie osiągnąć, czy wybierają im zawód którzy sami kiedyś chcieli wykonywać , ale nie mieli takich możliwości. 

Szczęśliwy jest ten młody człowiek, który w takiej sytuacji ma odwagę powiedzieć NIE by realizować własne marzenia i cele, bez względu na konsekfencje. Ile razy słyszymy, że tato lekarz chce by syn czy córka też studiowała medycynę mimo tego, że dzieci wcale tego nie chcą. Ile razy dzieci studiują na jakimś kierunku tylko po to by zadowolić rodziców, a po studiach mają nareszcie odwagę powiedzieć NIE by realizować ich własne marzenia. 

Znam rodzinę lekarzy z pokolenia na pokolenie, których syn zdecydowanie sprzeciwił się studiować medycynę bo chciał być szefem w kuchni i o tym od dziecka marzył. Uparł się, poszedł do szkoły kucharskiej, zdobył dyplom szefa i prowadzi własną restaurację. Jest szczęśliwy wykonując zawód, ktory kocha, założył rodzinę i jest szczęśliwym mężem i ojcem mimo tego, że nadal rodzina grymasi, że wyłamał się z tradycji rodzinnej.

Wszystko zależy od naszego charakteru i naszych osobistych potrzeb. Jednym wystarcza do szczęścia kurna chata i poczucie wolności wyboru sposobu spędzenia swojego życia.  Drugi człowiek bez  domu z basenem nie może czuć się szczęśliwy choć większość czasu w ciągu dnia spędza w pracy i najczęściej sam nie ma czasu ani ochoty na kąpanie się w tym basenie.

Żyjemy w świecie,  który stworzył określone modele człowieka szczęśliwego i każdy, kto się z tym nie zgadza i chce wybrać własny inny sposób życia jest dziwny, niedzisiejszy, nie aprobowany przez swoje otoczenie. Rzecz jednak polega na tym by każdy z nas we własnym domu i we własnym życiu czuł się szczęśliwy bez względu na to co inni o tym sądzą. Bo my nasze życie przeżyjemy, a nie ci, którzy to na zewnątrz krytykują.

Oczywiście odmienność i trwanie przy swoich poglądach ma swoje rezultaty. Często walcząc i wyrażając nasze poglądy zostajemy sami lub wielu z naszych znajomych oddala się od nas. To jest koszt naszych stanowczych zdań i poglądów. Bardzo często postępujemy tak by zadowolić innych w około nas, ale to sprawia, że czujemy się nieszczęśliwi, to nas męczy i często nawet powoduje problemy w naszym zdrowiu. Bo po pierwsze musimy być prawdziwi wobec siebie samego i mamy po pierwsze obowiązek wobec siebie szanować nas samych , wierzyć w naszą wartość jako człowiek i w nasze prawa do szczęśliwego życia zgodnie z naszymi, osobistymi wyborami.

Musimy mieć odwagę walczyć o własne prawa do wyboru tego co nam odpowiada i z chwilą gdy inni chcą nam narzucić własne przekonania czy postępowanie musimy mieć odwagę powiedzieć NIE, bo tylko w ten sposób będziemy czuć się dobrze i będziemy mieli sami do siebie szacunek. Może to się innym nie podobać, możemy mieć trudności w sukcesywnym realizowaniu naszych planów, ale przynajmniej w takiej sytuacji wiemy, że kowalem własnego losu jesteśmy my sami, a nie otaczający nas ludzie.

W dniu obecnym w modelu szczęśliwego życia jest w określonym czasie ślub, założenie rodziny i posiadanie dzieci. Nie wszystkim jednak to odpowiada, nie wszyscy do tego dorośli lub uważają to za drogę do ich osobistego szczęścia. 

Nie każdy z nas jest gotowy i chce żyć w związku czy chce założyć rodzinę. Są osoby, które do wielkiej odpowiedzialności jako ojciec czy matka się wręcz nie nadają i z góry wiadomo, że stworzona przez nich rodzina nie będzie należała do szczęśliwych. Najczęściej w takich sytuacjach jedna ze stron jest ofiarą i starając się ratować sytuację obciąża siebie wszystkimi obowiązkami. To najczęściej prowadzi do dramatycznych sytuacji wcześniej czy później. Bo dana osoba nie ma odwagi lub boi się w wielu sytuacjach powiedzieć NIE by spojrzeć prawdzie w oczy i zrównoważyć to co chcemy z tym co jesteśmy w stanie zrobić.

Nie każda kobieta musi być matką. Ta, która sama się na to decyduje, tego pragnie i jest gotowa psychicznie i fizycznie do tej roli z pewnością ma większe szanse na wychowanie szczęśliwego dziecka. Ta, która zostaje matką bo tak trzeba najczęściej wychowuje dzieci bez odpowiedniej dawki miłości co odzwierciedla się w ich dalszym życiu lub jej dzieci otrzymują potrzebną dawkę miłości od swoich dziadków - o ile ich mają. Widzimy to na każdym kroku na około nas.

To dotyczy też stosunków w pracy, kiedy narzucane nam są dodatkowe obowiązki, czy nadgodziny "świecąc" nam dodatkowym zarobkiem, czy awansem, choć często wcale to nie jest nam do szczęścia tak potrzebne. Po prostu boimy się sprzeciwić by kogoś nie zmartwić kosztem naszych postanowień czy planów lub by nie wywołać niezadowolenia szefa.

Bardzo często narzucane są nam w życiu postanowienia innych dotyczące pośrednio lub bezpośrednio naszego życia i nie reagujemy na to mówiąc stanowczo NIE. Łatwiej jest nic nie mówić czy grać rolę ofiary, która wcześniej czy później będzie się żalić i grymasić na wszystkich. Bo stanowczo powiedziane NIE wymaga odwagi, której wielu z nas niestety brakuje. 

Czasami czujemy się bardzo zmęczeni i potrzebujemy trochę czasu dla nas samych. W tym stanie sprawianie dodatkowych przyjemności innym nie jest możliwe i powinniśmy o tym powiedzieć wyraźnie osobom zainteresowanym. O ile to zrozumieją to dobrze jeśli jednak nie to mamy prawo powiedzieć NIE by pomyśleć o sobie. Czasami takie sytuacje zdarzają się w stosunkach rodzinnych (mąż, dzieci, rodzina) czy w stosunkach z naszymi znajomymi. Robimy coś co sprawia przyjemność lub wyręcza innych, ale oczekujemy też wyrozumiałości kiedy nie jesteśmy w stanie tego zrobić. W takich chwilach oczekujemy wręcz zrozumienia i pomocy z drugiej strony. 

Bardzo często otrzymuję listy od kobiet w moim wieku, które żyją w nieudanym małżeństwie, z teryzującym ich partnerem, w pracy, która ich pognębia z dnia na dzień i nie przynosi im satysfakcji z wykonywanego zawodu. Samo  życie. By je jednak zmienić trzeba się zbuntować i powiedzieć NIE zmieniając to w kierunku oznaczonym przez nas samych poprzednio. Zawsze jest to związane z trudnościami, płacimy coś za coś, ale mamy przynajmniej szanse, że dojdziemy do czegoś co nas uczyni szcześliwymi w naszym życiu.

Wielokrotnie po przejściu na emeryturę czytelniczki mojego blogu są nakłaniane przez dzieci do codziennego obowiązku opieki nad wnukami mimo tego, że ten czas chcą poświęcić dla siebie i na realizację swoich, jeszcze nie spełnionych marzeń. W tym przypadku wielokrotnie stanowcze NIE prowadzi do konfliktów rodzinnych. Wybieramy jednak mniejsze zło z szacunkiem dla siebie i przepracowanych wielu lat pracy zawodowej czy przy wychowaniu własnych dzieci. Czytam obecnie wiele artykułów na ten temat i w większości po pewnym okresie czasu kiedy wnuki już dorastają i dziadkowie nie są potrzebni nie docenia się troski przez nich włożonej, a czas mija i nie wraca, szczególnie dla tych starszych ludzi. A oni też przecież mają prawo do życia i robienia tego co chcą i kiedy chcą. Do tego jednak potrzebna jest odwaga i poczucie własnej wartości.

Niewielu z nas może powiedzieć, że żyje swoje życie w swój wybrany przez siebie, w  sposób taki jak to śpiewa w swojej piosence Frank Sinatra "My way". Z pewnością mogę powiedzieć, że ja do tej grupy należę.


GROCHÓWKA - PRZEPIS MOJEJ TEŚCIOWEJ

Grochówka to idealna propozycja na obiad w zimowe dni, kiedy temperatury są bliskie zera czy nawet za oknem pada śnieg.

W przeciwieństwie do Polaków Grecy nie jedzą dużo zup. z Pewnością związane jest to z klimatem i wysokimi temperaturami w Grecji. Nie ma tutaj zwyczaju jeść na pierwsze zupę i na drugie coś innego.Często przyjeżdżając na wakacje do Grecji chcecie w lecie zjeść jakiejś zupy i z tym są problemy. Bo Grecy jedzą zupy główni w zimowe dni.
Grochówka w Polsce też jest bardzo popularnym daniem w zimie. Pamiętam, że często gościła na naszym stole w domu w okresie mojego dzieciństwa w kraju. Polska grochówka jest jednak inna, poza grochem i warzywami do zupy dodaje się często kawałki kiełbasy, kawałki mięsa, czy skwarki. Pamiętam takie grochówki ze schronisk w górach kiedy jeździłam na narty. Nawet obecnie tak gotują grochówkę w schroniskach w górach w Bułgarii gdzie byłam kilka razy w zimie. 
Pamiętam też z Polski grochówkę przygotowaną przez żołnierzy w dużych żołnierskich pojemnikach na kołach. Po ogólnopolskim spotkaniu różnych grup harcerskich w Bieszczadach po kilkudniowym chodzeniu mieliśmy okazję zjeść taką żołnierską grochówkę.  W tej grochówce poza powyżej wymienionymi składnikami były kawałki ziemniaków i na grubo pokrojona słonina. To całodniowym chodzeniu jedliśmy to aż uszy się trzęsły mimo tego, że nigdy więcej takich gotowanych kawałków słoniny już nie zjadłam!  

Na temat zup w Grecji macie artykuł tutaj:

Kiedy na Korfu mamy niskie temperatury lub nawet pada śnieg (co zdarza się rzadko) pierwszym daniem na obiad o którym myślimy jest właśnie grochówka. 




W te tak zimne dni od rana zapalony kominek jest centralnym miejsce w domu i często wykorzystując ogień gotujemy grochówkę w glinianym specjalnym garnku właśnie w kominku. Poza tym często pieczemy coś w kominku mając duże zaopatrzenie w zamrażalniku. Tak dawniej gotowano potrawy w domach na wsiach. My po prostu bawimy się tym, by wypełnić czas spędzony w domu i by zrobić coś innego i doświadczyć ten dawny sposób życia.




By przygotować grochówkę trzeba jednak poprzedniego dnia zalać groch wodą i zostawić go by spęczniał.
Grochówka mojej teściowej jest pikantna jednak nie posiada mięsa. Zupa jest jarska, ale bardzo smaczna.

By ją przygotować potrzebujemy:
- paczkę grochu średniej wielkości;
- dużą cebulę w całości;
- dużą marchewkę;
- łyżkę stołową koncentratu pomidorowego;
- sól i czarny pieprz do smaku ( pod koniec gotowania);
- jeden średniej wielkości ziemniak;
- kilka gałązek selera;
- kilka małych suszonych papryk chilli (lub chilli w proszku);
- 1/4 filiżanki oliwy z oliwek.

Po pierwsze gotujemy groch i po zagotowaniu odcedzamy go i zalewamy ponownie gotującą się wodą. to robimy po to by grochówka nie była ciężkostrawna i nie powodowała po jej zjedzeniu znanych wszystkim gazów.

Gotujemy groch na wolnym ogniu z marchewką, cebulą i ziemniakiem, BEZ SOLI! 




Kiedy groch jest mniej więcej miękki  miksujemy pół marchewki, ziemniak, łyżkę wazową grochu i dodajemy to do zupy, by była bardziej zawiesista. Pozostałe pół marchewki kroimy w kosteczki i dodajemy do zupy. Następnie dodajemy do garnka przecier pomidorowy, paprykę chili, pokrojony w kawałki seler, sól i czarny pieprz do smaku. 
Gotujemy to wszystko do chwili kiedy groch jest już mięciutki i  wtedy dodajemy oliwę z oliwek by nie traciła na swojej wartości. Jeśli nie lubicie jeść zupy z kawałkami selera po zagotowaniu usuwacie go. W innym przypadku kroicie go na kawałeczki i dodajecie do zupy.  Grochówka mojej teściowej jest gotowa. 




Tą zupę tutaj jemy z kromką chleba, bo Grecy do zupy jedzą zawsze chleb. Dodatkowo do zupy podajemy oliwki stołowe.  Oczywiście nie brakuje też lampki naszego wina. Pijemy ją najczęściej po zjedzeniu zupy przy kominku delektując się tym naszym nektarem.




Na kontynencie w Grecji, np. w Metsovo, spotkałam się z grochówką do której dodatkowo dodają makaron różnej wielkości. Możecie tak zjeść grochówkę w niektórych schroniskach narciarskich w Grecji. Poza tym, że gotują ją na pikantno dodają makaron by się też tą zupa najeść. 

SMACZNEGO!




NASZ CODZIENNY PLAN DNIA NA KORFU W ZIMIE

 Nasze życie na Korfu jest ściśle związane z tą piękną przyrodą, która nas otacza i sposób życia też zmienia się w zależności od pory roku i pogody. Wielokrotnie podkreślam Wam, że Korfu w okresie lata i w okresie zimy to dwie różne wyspy. Piszę o tym  w moim artykule tutaj :

https://korfumojaprzystan.blogspot.com/2019/03/dwa-oblicza-wyspy-korfu.html






Z artykułów z serii ZWYCZAJE NA KORFU możecie się wiele dowiedzieć o sposobie życia na wyspie w różnych okresach czasu i przy różnej pogodzie. Oczywiście wszystko zależy też od sytuacji rodzinnej, ekonomicznej i wieku każdego z nas. My mieszkamy z mężem w górach na Korfu i oboje jesteśmy już emerytami i nasze dzieci są niezależne i mieszkają poza wyspą.  Według opinii wielu należymy jednak do tych bardziej aktywnych emerytów bo nasz dzień zawsze jest wypełniony pracami i licznymi zainteresowaniami.  W okresie zimy jednak żyje się na Korfu ciszej, wolniej, inaczej.

Jak wygląda mój przeciętny dzień w okresie lata opisuje w moim artykule tutaj:

https://korfumojaprzystan.blogspot.com/2018/08/kolejny-letni-dzien-na-korfu.html

W tym artykule postaram się opisać Wam nasz przeciętny, zimowy dzień na Korfu.

Jak często mówię mój mąż i ja należymy do "rannych ptaszków" i bez względu na porę roku czy pogodę lubimy wstawać wcześnie, to znaczy około 6.30 - 7.00. Budzimy się bez zegarka, w ogóle jest on nam najczęściej nie potrzebny, bo żyjemy zgodnie z naturą. Dodatkowo pomaga nam w tym nasz kogut, który mimo pewnej odległości od domu od rana pieje by dać znać o sobie.

Poranek rozpoczynamy od kawusi po grecku i dodatkowo mój mąż od śniadania z moim dżemem, moim chlebem i naszymi oliwkami. Ja od pewnego czasu śniadania rano nie jem, bo odżywiam się stosując zasady POSTU PRZERYWANEGO (intermittent fasting), czyli zmniejszam ilość godzin w których jem posiłki w ciągu dnia.

Poranek to dla nas czas na słuchanie wiadomości, czytanie różnych artykułów w internecie i dla mnie okres odpowiedzi na Wasze pytania i umieszczanie moich artykułów na mojej stronie w FB.

Jeśli pogoda jest względnie dobra to później idziemy gdzieś na spacer po górach czy gajach oliwnych lub jedziemy pospacerować po plaży.






 Oczywiście jeśli mamy ochotę na spacer po plaży wybieramy jedna z plaż północnej cześci wyspy i zjeżdżamy tam pijąc później kawę w jakiejś, znajdującej się tam kawiarence.Mamy do wyboru plaże północnej części wyspy w Acharavi, Barbati, Sidari, Kassiopi, Ipsos i jeździmy tam gdzie mamy ochotę. O ile mężuś planuje jakieś prace z pracownikami w gajach oliwnych lub pracę w winnicy ja idę na spacer sama. O ile moja pomoc w winnicy jest mu potrzebna jedziemy do winnicy razem i wspólnie tam pracujemy. 

Jeśli mam do wykonania jakieś prace w domu zostaję w domu, a mąż gdzieś coś robi. 



Około 10.30 - 11.00 pijemy razem druga kawę, o ile mąż jest w domu. Czasami jeśli nawet pracuję w winnicy biorę kawę w termos i do tego ciasteczka i idę do winnicy ( 4km) by ją wypić razem z nim i później wracam ponownie do domu po drodze robiąc zdjęcia. To świetny spacer pomiędzy gajami oliwnymi i wspaniała gimnastyka.




Jeśli mamy załatwiać jakieś sprawy w stolicy to raniutko by znaleźć parking zjeżdżamy do miasta, szybko wszystko załatwiamy by trochę pospacerować po stolicy i później obowiązkowo pijemy kawę z naszymi znajomymi w pewnych ulubionych przez nas wszystkich kawiarenkach. 

O ile  chcemy zrobić zakupy w supermarkecie to najczęściej zjeżdżamy do Acharavi gdzie nie ma problemu z parkingiem, robimy zakupy i później idziemy na kawę do cukierni Amarena obowiązkowo z moim tiramisu. Ale to ma miejsce tylko raz na 3-4 tygodnie, bo wiemy co nam jest potrzeba z mojej listy, którą stopniowo piszę. 

Po drugiej kawie ja najczęściej przygotowuję obiad o ile nie mam już czegoś gotowego z poprzednich dni. Bo gotuję 3-4 razy w tygodniu 4 porcje by mieć obiad na dwa dni przeplatając je różnymi daniami. Jesteśmy tylko we dwoje, więc jest to możliwe.

O ile pogoda jest bardzo nieciekawa, pada silny deszcz lub wieje silny wiatr poranek spędzamy w domu. nie rezygnujemy jednak z gimnastyki. Każdy z nas przeprowadza swój zestaw ćwiczeń gimnastycznych. Mamy w domu specjalne urządzenia gimnastyczne, ja dodatkowo mam moje ciężarki 3.5kg i 5kg. Trzeba dbać o formę każdego dnia, bez względu na pogodę, bo w zdrowym ciele zdrowy duch!!!

 Przez wiele lat mieszkając w stolicy chodziłam na gimnastykę - aerobik czy później jogę, ale obecnie mieszkając w górach zmieniłam to na codzienne spacery i gimnastykę w domu.

Okres przedpołudnia to okres na wykonywanie wszelkich potrzebnych prac w domu i poza domem, bo po południu odpoczywamy i zajmujemy się tym co każdy chce.

Obiad jemy około 13.00, później przez godzinę czytamy coś w internecie i następnie do 16.00 jest siesta. 

Po południu najczęściej czytamy książki, oglądamy filmy w internecie, czy śledzimy różne filmiki w youtube.com. Mąż w ten sposób uzupełnia wiedzę o rolnictwie,winie, różnych sposobach uprawiania roślin w innych częściach świata, słucha klasycznej muzyki i jak ma ochotę przez internet prowadzi próbę chóru.

Ja śledzę kilka kanałów w youtube.com o filozofii życia, modzie, wystroju wnętrz, sposobie życia ludzi w różnych częściach świata i blogi dotyczące podróży, psychologii, fotografii czy sposobu życia w różnych częściach świata. Jak mam ochotę piszę kolejny artykuł dla mojego blogu KORFU MOJA PRZYSTAŃ. 

To "studiowanie" wiadomości w internecie przerywamy popołudniową gimnastyką by się poruszać i jak jest fajnie na dworze idziemy ponownie na krótki spacer z mieszkającymi niedaleko nas kuzynami męża. Oni jednak, ze względu na problemy ze zdrowiem nie spacerują na dłuższe odległości i tak najczęściej szybko kończymy spacer u nich w domu przy kominku z herbatą lub jakimś trunkiem, np. tsipouro.

Kolację jemy dość wcześnie bo przed 18.00.  A to ze względu na to, że chodzimy spać też dosyć wcześnie bo około 22.00-22,30. 

Wczesna kolacja jest też ze względu na to, że kilka razy w tygodniu po południu jesteśmy w  stolicy, bo mąż ma próby chóru i nie chcemy  wracać później do domu głodni.  Kiedy mąż ma próbę chóru ja ten czas w stolicy wykorzystuję na popołudniowo - wieczorny spacer z przerwą na herbatkę w wybranej przeze mnie kawiarence sama lub z koleżankami.








Nasze zimowe niedziele są trochę inne. Po pierwsze raniutko jesteśmy w stolicy bo mąż śpiewa w chórze w katedrze kościoła prawosławnego w czasie porannej mszy. Ja mam wtedy czas na krótką modlitwę, spacer po starówce i kawusię najczęściej na ukochanym przeze mnie Listonie.









Niedzielne obiady najczęściej jemy w towarzystwie kilku osób. Mogą to być kuzyni męża lub nasi znajomi, ale w obecnej sytuacji z COVID towarzystwo jest określone i nie przekracza 4-6 osób. Czasami zapraszamy ich do nas do domu, częściej jednak jedziemy gdzieś wspólnie na obiad.  Bardzo lubię te zimowe niedziele. Wszędzie jest cicho, na drogach nie ma dużego ruchu i można bez problemu pojechać nawet trochę dalej.

Ogólnie zimą spędzamy więcej czasu w domu i plan dnia zależy ściśle od pogody danego dnia i oczywiście naszych chęci. W czasie codziennych spacerów mamy dużo czasu na przemyślenia, dyskusje, poznanie samego siebie, obserwację dzikiej przyrody, która nas otacza. Ostatnio dużo nie maluję, bo fascynuje się robieniem zdjęć i poznawaniem świata przez czytanie na ten temat. Na Korfu żyjemy z dala od huku pełnych cementu i gęsto zabudowanych dużych miast, szumu i spalin szybko jeżdżących samochodów i tłoku zawsze gdzieś spieszących się ludzi na ulicach. Jeśli jednak za tym tęsknimy mamy czas na różne podróże w nieznane, możemy też pojechać do Aten by odwiedzić rodzinę męża, polecieć do mojej córki do Anglii, pojechać na kilka dni na ląd Grecji,  by po pewnym czasie z wielką przyjemnością wrócić do naszego spokojnego domu. 

 Poza tym śledzimy  i uczestniczymy w koncertach muzycznych w stolicy i wspólnym późniejszym biesiadowaniem w tawernach. Jak sami widzicie zima na Korfu ma też swój urok.

SER FETA W CIEŚCIE Z MIODEM I ZIARNEM SEZAMU

 Kuchnia grecka jest bardzo bogata i różnorodna. Możecie w niej odkryć zupełnie nowe smaki, zapachy i pomysły na pyszne dania lub proste zakąski do wina lub piwa.

Bardzo często siedząc wieczorami na werandzie lub zima przy kominku lubimy popijać nasze winko i do tego chcemy coś... na ząb.

Właśnie do takich dań należy ser feta w cieście, który podaję polany miodem i posypany ziarnami sezamu.




Ten przysmak przypomina z pewnością Wam znany dodatek do obiadu, który często zamawiacie w greckiej tawernie i nosi nazwę saganaki i jest zrobiony z półtwardego sera żółtego. Jak to wygląda i jak można to samemu w domu zrobić opisuję w moim artykule tutaj :

https://korfumojaprzystan.blogspot.com/2017/12/saganaki-zapiekany-ser-zoty.html

Jeśli jesteście miłośnikami białego sera greckiego FETA to poniżej opisane  danie jest z pewnością dla Was.

Ser FETA w Grecji jemy do wszystkiego. Podawany jest on w kawałkach na talerzu polany oliwą i posypany oregano, dodaje się go do tradycyjnej sałatki po grecku, pieczemy go w folii w piekarniku i posypujemy czerwoną papryką, pieczemy lub smażymy w cieście - co chcę Wam teraz omówić.

Ten przysmak można szybko przygotować mając plasterki sera Feta, oliwę z oliwek, miód, ziarna sezamu i paczkę cienkich płatów ciasta nazywanego w Grecji "Fila". Ja osobiście nie używam gotowego Fila sprzedawanego w zamrożonych paczkach w supermarkecie. Sama robię te płaty ciasta. Procedura jest bardzo prosta. 

Po pierwsze musimy mieć FILA. Ja robię je z mąki do której dodaję trochę oliwy z oliwek, łyżkę octu, szczyptę soli, szczyptę cukru i wodę do zagniecenia. Po wyrobieniu ciasta zostawiam go na 30 minut przykryte membraną w temperaturze pokojowej. Później to ciasto wałkuję na cieniutkie plastry. Każdy plaster sera FETA potrzebuje jeden plaster ciasta, najlepiej w kształcie zbliżonym do prostokąta.


Smarujemy tak przygotowane plasterki ciasta oliwą i układamy na nim plasterek sera Fety uprzednio obtoczony w mące. Następnie zawijamy po pierwsze brzegi ciasta na ser, ponownie smarujemy suche części oliwą  i później całość zawijamy tak by z pewnością ser był w środku dobrze zawinięty.

Tak otrzymane prostokąty smażymy na rozgrzanej oliwie na złoty kolor z dwóch stron. 


Następnie układamy je na papierze kuchennym by usunąć nadmiar oliwy. 

Układamy ser na półmisku , polewamy miodem i posypujemy ziarnem sezamu ( białym i czarnym - jak macie). Jak chcecie możecie też posypać to dodatkowo pokruszonymi orzechami.


Ciasto jest kruche, ser rozpływa się w ustach , a połączenie smaków słodkiego miodu i słonego sera daje końcowy efekt smakowy.



Jak lubicie łączyć smak słodki ze słonym, słodki z kwaśnym,  itd. to ten przysmak będzie Wam bardzo odpowiadał.

Dla mnie jest to świetny przysmak nawet na mała kolację. 


Jeśli unikacie smażenia to można przygotować to piekąc to w rozgrzanym piekarniku. Trzeba poprzednio posmarować wierzch oliwą i po upieczeniu z jednej strony na zloty kolor przewrocić to na druga stronę,  ponownie posmarować oliwą i piec na złoty kolor. Ta procedura trwa jednak znacznie dłużej.

Te same pyszności możecie oczywiście zjeść w różnych tawernach z pięknym widokiem.



Bo zawsze wszystko lepiej smakuje gdy jedząc mamy takie piękne widoki.

S M A C Z N E G O !!!